Strona główna
Język francuski
Galeria
Podróże
Alfabet
Teksty
Linki
Autor
Księga gości
Mapa serwisu
Tłumaczenia
Apteka




  wizyt:   

NAWIGACJA >> Strona główna > Teksty > Spontany

W TEJ KATEGORII >> Wstęp  Proza  Antonim prozy 

1. Niedomknięty nawias 2. Bajeczna opowieść 3. Bezkręgowy krach
4. Dialog późną nocą 5. Spontaniczne dyw... 6. L'angoisse de la...
7. Bo gdy złote liście...



Spontan nr 1 "Wieczna, żyjąca własnym życiem sztuka, pod jakże egzotycznie brzmiącym podtytułem: 'Niedomknięty nawias'"

Czyż nie wydaje wam się się wam rzeczą prawdziwą stwierdzenie, że prawdziwą rzeczą jest rzecz ta, która nam się wydaje, że jest prawdziwa, choćby i nam się źle wydawało, że miałaby być prawdziwa, czyli, że w istocie to się mylimy, i rzecz prawdziwa rzeczą prawdziwą nie jest, bo jakże miałaby owa rzeczona ona rzecz prawdziwa być rzeczą prawdziwą, skoro nam się tylko wydaje, że jest rzeczą prawdziwą, więc rzeczą prawdziwą ta prawdziwa rzecz wcale być nie musi, a może być wręcz zupełnie rzeczą nieprawdziwą a nie rzeczą prawdziwą; mam nadzieję, że tym samym przekonałem was, że nie ma prawdziwych rzeczy, gdyż może nam się tak naprawdę wydawać, że prawdziwe rzeczy są rzeczami prawdziwymi, ale skoro nam się tylko wydaje, oznacza to nieomylnie wręcz, że rzeczy prawdziwej, jak tu się nie zgodzić: powyższa argumentacja, jak i poniższa zresztą też, ach! ależ ta tutaj, czyli ta ani wyżej ani niżej, rzec by można, z tego oto piętra - z którego zapytacie, całkiem słusznie zresztą, bo zdania nie jedno piętro zajmować mogą a i zdarzyć się może że jedno zdanie, czasem zgoła krótkie, nie zmieści się na jednym jedynym piętrze, bo to dokładnie tak, jak bywa z meblami - otóż istnieje z pewnością taka liczba owych mebli, tak, właśnie tak, tychże mebli, która nie zmieściłaby się, choćby nie wiem jak nimi manipulować, przekładać, obracać, przekręcać, przestawiać, roszadować, i choćby przyszło tysiąc kotletów, upss, to nie ta bajka, no ale zatem, do sedna, do sedna, bo czas nagli (taka to już właściwość tego zaganianego współczesnego świata, światka i półświatka, a może nawet pół świadka, cholera go wie, to znaczy nie świadka, tylko cholera wie tego świata, czy aby przypadkiem nie było istotą owego rzeczonego świata owe pół świadka, a to już tylko pół świadek, jeśli istnieje, lub ten oto wspomniany świat, tudzież półświat, a może nawet i ćwierćświat, bo to z tą matematyką to nigdy nic nie wiadomo i skoro może być półświatek to pewna i ćwierćświatek jest możliwy, a choćby teoretycznie, choćby teoretycznie, podkreślam z całym naciskiem, choćby zupełnie tylko teoretycznie; a tak podążając tym tropem, to wszak skoro ze świata półświatek jest możliwy to mniemam, i mniemanie to wydaje mi się jak najbardziej dopuszczalne, jak najbardziej możliwe i jak najbardziej prawdopodobne, gdyż nie zapominajmy, że obracamy się teraz, w momencie tym teraz obecnym, w światku zasad matematycznych i teoretycznych, co z takim naciskiem zresztą podkreśliłem - nie ołówkiem, nie długopisem, czy chociażby taką funkcją tu u mnie w edytorze tekstu, która na górze okienka się znajduje, to jest monitora, bo jakże by można było nazwać monitor okienkiem, ha, głupota, ano, chyba, że na myśli mamy okienko owego edytora tekstu, bo to przecież mamy łindołsy czyli okienka, które są istotą łindołsów, bez dwóch zdań, a zatem wcale nie podkreśliłem tego nacisnąwszy pewną kombinację klawiszy i guzików u myszy, ja to zrobiłem tak tylko w przenośni, to jest tak, że tego tak naprawdę nie widać, chociaż wszyscy wiedzą o co chodzi, to trochę tak jak z politykami w sumie - nikt nic nie widzi, a wszyscy wiedzą o co chodzi, a jeśli nawet nie wiadomo o co chodzi, to przecież wiadomo bardzo dobrze, że chodzi o pieniądze, już pa licho jakie to miały by być pieniądze - czy owe monety, ale szczerze powiedziawszy nie sądzę, bo wszak monety ważą niemało, no, co do tego też mogą być pewne wątpliwości, bo każdy, ale to każdy, kto w ręku miał choćby jedną monetę, a zwłaszcza jedną, i choćby to było dziecko najmniejsze i najbardziej wymizerniałe, to jednak taką monetę podniesie i to bez wysiłku większego, tak mniemam, podkreślam, że tak tylko mniemam, albowiem dzieckiem już nie jestem a nawet gdybym był, a nawet gdy byłem, no to chyba nie najbardziej wymizerniałym czy tam najmniejszym, wiadomo, bo to przecież nigdy nie wiadomo, kto jest ten najmniejszy, największy, najbardziej wymizerniały albo najsilniejszy, choć może nie powinienem takich rzeczy choćby niepublicznie wygłaszać, bo zaraz by się miłośnicy pudzianów zleciały, ale ponieważ nie wygłaszam tego publicznie, to chyba, mniemam, żadna chłosta ni kara sroga mnie za to nie spotka, no, ale jak już mnie spotka, to ciekawe jaka, wolę nie wiedzieć bo miłośnicy pudzianów to pewno jak i same pudziany chłopy jak dąb albo jak dwa, albo jak i cały las dębowy; tylko, że ot taki las, to on niebezpieczny być nie może, wcale a wcale, no może prawie wcale, bo to zawsze jaki niebezpieczny, dziki zwierz zaatakować może i pożreć na podwieczorek, no ale wyobraźmy sobie taki jakby las wyśniony i wyimaginowany, albo jakoś kontrolowany, słowem taki, w którym to żadnego niebezpiecznego, dzikiego zwierza o kłach ostrych niczym brzytwa, nie ma, wtedy to właśnie taki tam lasek jakiś, pomyślmy, jawił nam się będzie sielsko-anielsko, zwłaszcza, gdy dodamy do tego porę roku odpowiednią, ja proponuję, a to propozycja tylko, żeby było to późne lato tudzież wczesna jesień, co by se można bo opadach i we dni ciepłe na grzybki pójść, co by se potem ususzyć, albo przynajmniej do jajeczniczki wkroić, otóż taki właśnie las, późnym latem tudzież wczesną jesienią, w dzień jeszcze wciąż długi i potencjalnie bardzo ciepły, a na dodatek niechże ta potencjalność spełnioną będzie, i niechże świeci słońce, którym Pan nasz oddzielił dzień od nocy i stała się dzień i noc, bo wcześniej to mogła była być chyba tylko noc, no bo skoro nie było słońca, to, co za tym idzie, nie było też światła, czyli że musiało być ciemno jak w dupie u... w sumie cóż, u każdego w dupie jest ciemno, czy to będzie człek biały, żółty, czy czarny, a nawet pies czy kot, ale meduza to już nie, bo te to są przezroczyste, i zapewne w dupie u nich tylko nieznacznie jest ciemniej niż poza dupą, czyli na zewnątrz dupy na przykład, czyli w wodzie, gdzie sobie te meduzy pływają, choć i tu poprawkę należy pewną małą i może nieistotną, ale kto to wie, wprowadzić - przecież to w wodzie wcale nie musi być jasno: ja już nie mówię o tym, czy dana meduza żyje głęboko czy nie, bo wiadomym jest, że jeśli głęboko, no to wcale nie będzie tam jasno, ale przecież zawsze może dzień się skończyć, nadejść noc, a wtedy to już czy płytko, czy głęboko, to jedyne co widać to ciemność, tak, tak, ciemność widać, a ciemność jest stanem braku światła, jeśli więc przyjmiemy brak światła za brak obiektów, które widzimy, no bo ich nie widzimy, bo jest ciemność, to brak obiektów oznacza bezsprzecznie, że skoro ich nie ma, to jedyne co jest, to nic, czyli pustka, czyli to tak, jakby w nocy, albo po zgaszeniu światła, wszystkie obiekty znikały, ale czy jest tak w rzeczywistości - otóż zdecydowanie nie, zdecydowanie, jakże miałaby to być prawda, przecież każdy, ale to każdy, albo przynajmniej prawie każdy wpierdolił się na coś po omacku, siniaka sobie nabił, guz mu na czubku głowy, albo nawet nie na czubku, no chyba, że skakał i o sufit uderzył, to wtedy tak, pod tym warunkiem tylko, że nie przechylił głowy jak skakał, bo jak przechylił, to najprawdopodobniej guz wyrósł mu wcale nie na czubku głowy, ale gdzieś z boku, albo nawet zupełnie z boku, albowiem i tak się zdarza, hej!

 Do góry 



Spontan nr 2 "Bajeczna opowieść o tym, jak to przenoszę się w czasie i przestrzeni"

      Siedzę przy biurku, a przed komputerem. Za monitorem okno, przez które co chwilę nieświadomie, odruchowo spoglądam. Wzrok mój zatrzymuje się na jednym z 4 bloków po lewo, to one stanowią dla moich oczu horyzont. Są też dwa wieżowce, jednen na wprost, drugi, tuż po prawj stronie. Pomiędzy nimi blok, już nie z wielkiej płyty, o trochę bardziej urozmaiconym kształcie niż pozostałe. Poza tym kilka drzew i krzewów, a tylko jedno iglaste i ciemno zielone. Dużo śniegu. Bardzo dużo. Co jakiś czas przejeżdża samochód. Są momenty, gdy ten kawałek osiedla jest całkowicie opustoszały, chwilę później, przechodniów jest wcale sporo. Ich układ zmienia się szybko, odnosi się wrażenie, że poruszają się bardzo szybko. Co jakiś czas wyjdzie ktoś z psem. Spaceruje wolno, a jednak, gdy przeniesie się wzrok na chwilę na ekran, a potem ponownie skieruje spojrzenie za okno, osobnika już nie ma, bądź znajduje się gdzieś zupełnie indziej. To tak, jakby istniały dwie rzeczywistości. Tam, na zewnątrz, czas płynie normalnie. Tutaj, w tej malutkiej przestrzeni pomiędzy mną a monitorem, czas kpi sobie ze mnie, bawi się mną, chce, żebym go gonił, zaskakuje mnie, nie potrafię z nim wygrać.
      Przy każdym spojrzeniu na ten niewielki placyk, otoczony dokoła szczelnie olbrzymymi, betonowymi klocami, przestaję myśleć o czymkolwiek, moja głowa wypełnia się pustką, w której jak echo odbija się ostatnie napisane słowo, bądź to, które dopiero napiszę. Przeważnie jedno. Czasem kilka, ale nigdy całe zdanie.
      Bloki wyznaczają granicę. Nie wiem, czy jest coś poza nimi. Jestem w jaskini. Istnieją tylko wielkie budowle z betonu, wąskie drogi, chodniki, drzewa, samochody i śnieg. Ludzie, w większości, nie należą do tego świata. Przychodzą nie wiadomo skąd, przemierzają ten światek, po czym znikają, giną gdzieś po drugiej stronie; chyba przestają istnieć, bo już ich później nie widzę. Inni giną w klatkach schodowych. Nie wiem, co się z nimi dzieje, gdy przejdą próg. Nie wiem jak wyglądają pomieszczenia, do których zachodzą. Nie wiem, co robią. Tym bardziej nie mogę wiedzieć dlaczego. A ja? Kim jestem? Jestem wzrokiem. Gdy bolą mnie plecy, tak jak teraz, jestem ciałem. Ale często wcale go nie czuję. Nie mam ciała. I gdyby nie dłonie, jedyna część ciała którą widzę... Palce, stukające w klawiaturę. Odruchowo, machinalnie. Zawsze, gdy piszę, moje dłonie są zimne, niezależnie od temperatury. To nieprzyjemne uczucie upewnia mnie przynajmniej, że te dłonie są moje, że to ja, cholera wie jak, nimi operuję.
      Niewiele się dzieje. Pod jeden z wieżowców podjechał maluch. Idące z naprzeciwka cztery dziewczyny, właśnie go minęły. Jakiś facet grzebie już od pół godziny w starym escorcie. To niewiele. A jednak nie zdołałbym opisać tego niewiele. To za dużo. Nie nadążałbym. To niewiele dzieje się o wiele za szybko.
      To też jest spontan. Po prostu inny niż poprzedni. Ten jest zamknięty w tym małym świecie. Wszystko jest spontanem, zmieniają się tylko granice. I wcale nie muszę burzyć tych wielkich płyt, by wykroczyć poza nie. Wystarczy, że choć raz byłem poza tą granicą. Wiem co jest za blokami. Oczywiście do pewnej granicy. To bardzo dużo. Dzięki temu mogę napisać nawet to:
      Ciemne, długie włosy, unoszą się i opadają, smagane przez wiatr. Nie widzę twarzy brunetki, jest daleko przede mną, odwrócona do mnie plecami. Słońce rzuca krótkie cienie, skóra rozkoszuje się przyjemnym ciepłem. Na rozległej plaży nie ma nikogo innego. Ślady jej stóp, pozostawiane na białym piasku, natychmiast giną, pochłonięte przez fale. Wiejący od morza wiatr porywa rozpryskujące się na falach kropelki wody. Zimna mgiełka zrasza moje ciało, przechodzi mnie ekscytujący dreszcz, skóra natychmiast się napręża, pojawia się gęsia skórka. Kieruję wzrok w stronę bezkresnego morza. Stary, olbrzymi galeon, leniwie, dostojnie, pruje fale. Jego białe, napięte żagle, kontrastują z granatem wody. Nagle, uwagę przykuwa poruszający się cień żeglarza na kukułczym gnieździe. Widzę, jak usilnie macha rękami, usiłuje coś zasygnalizować. Najpewniej coś krzyczy, ale do uszu dociera jedynie szum fal. Rozglądam się dokoła siebie, chcąc zorientować się o co chodzi. Kieruję wzrok przed siebie; w pierwszej chwili nie mogę nigdzie dostrzec kobiety. Po chwili, cofające się po uderzeniu fali morze, odsłania głowę dziewczyny. Bezwładnie unosi się ponad powierzchnię, to znów ginie przykryta wzburzoną pianą. Nie wiem co mam zrobić. Przestaję cokolwiek odczuwać. Nie ma już szumu fal, gorących promieni słońca i chłodzących rozprysków. Jedynie serce usiłuje wyskoczyć mi z piersi. Zamieram. Jest mi zimno, boję się. Nagła myśl przebiega mój umysł: "Nie ma tu zupełnie nikogo". Ruszam przed siebie, staram się biec coraz szybciej. W głowie słyszę tylko "daleko, za daleko, nie zdążę". Zaczyna brakować mi tchu. Resztkami sił rzucam się do wody, rowścieczona fala podcina mnie, zanurzam się, nie mogę zaczerpnąć powietrza, jestem w szoku. "Nie oddychaj, jeszcze trochę". Wynurzam się, dostrzegam skały, usiłuję złapać powietrze, lecz natychmiast potężne uderzenie żywiołu rzuca mnie w bok, tracę przytomność.
      choć morza za oknem nie widzę. Jestem cały czas tutaj, przed ekranem monitora. Tylko serce bije wciąż jak oszalałe.

 Do góry 



Spontan nr 3 "Bezkręgowy krach wyrajstopiałej pandemii"

Zerwał się z uwięzi wieczności, postradał zmysły, lecz odkupił horrendalne, złowrogie altruizmy zatraconych dusz, wyłączył ze swojego bezsprzecznego, niezmierzonego ja wszystko to, co zraszało ponurą pustką tych nieokiełznanych nawałnic gwałtownych uczuć bezsilności, męki i zniewolenia, tak jakby świat, niezmierzona, zgubna przestrzeń zatopiona w zegarkach z masła, topniejących, deformujących swoje własne oblicze, nie był rzeczywistością lecz intuicyjną iluzją, pozbawioną wszelakich manieryczności egzystencjalno-ontologicznych, wywołanych wytrąceniem z równowagi włókna Wszechświata stanowiącego filar komórki wiecznego dążenia do rozwlekłej formy dehmanizacji wesela i fotografii ściennej. Bezwiednie, świadomie, we śnie, czy na jawie, zawsze tak samo kołysały się zazdrosne żaluzje na falach eternitu - wiecznej materii azbestowej śmierci, zapadłych oczu i złotych ziarenek mąkodajnego zboża. I magiczna szara pianka zdeptana przez but odmętów i dylentanctwa, zgwałcona chrupiącymi wojnami w powijakach, dostrzegała w sobie raczej niezaprzeczalne widmo obwarzanka zamoczonego w kwarcie araku zmieszanego z atomami niesprawiedliwych puczymordów, tak dalece oddalonych od niefrasobliwej pomyślności tego zebrania, na którym demokratycznie wywołano zatarte wspomnienia, ożywiane garsciami kilogramów, litrami metrów i paczkami hektopaskali. Na nieszczęście, cała roślinność zagubionej trwogi, jęła szpetnie zwalczać cyberhistoryczność zawoalowaną w strumień sporządzonych gdzieś w ciemnościach miłości, miłości ślepych, miłości głuchych, lecz każdorazowo wyczulonych na jednorazowe wtapianie spożywczego nurtu spadkobierczości, kontrolowanego przez jedyne wachlarze zielono-podrapanych podwojów nieskazitelności wywodu. Nie przebrały się ósemki, nie spłaszczyły żebra kowalskiego gruntu, mlaskające w powietrze nieznośnego kumoterstwa, lapidarności przemielonej przez stos cieczy wypiętrzonej w stronę hamaka absyntu, ani nawet nie wytłoczyły mozolnego zakatrupienia, wesołych wnętrzności i plątaniny spazmów, żył i końskiej dawki spleśniałej śledziony. Jeśli by nawet ujarzmić niewolę, ogłosić zimowo-letnim manifestem nieskończoność zabiegów skracania i okrążania nagich klamr i zwiasów, nikt nie zderzyłby polowania z zakrystią, mroźnego "my" z brzuszkowatym brzękiem butów bezrozumnie bałamuconych bez choćby dwóch banalnych sarkofagów. Światło rozwodzi się więc to nad grzybową, to nad odwłokiem a pod skorupą dezorientacji. Fatalizm nicości, tragedia próżni. Wołanie o średnik, wołanie o kropkę! Zupełne rozdarcie, bez wyjścia, bez wyjścia, ale przy tym szybciej i szybciej, przez noc, przez piekło, przez piekło, przez piekło... przez piekło... jekło...

 Do góry 



Spontan nr 4 "Dialog późną nocą"

- Panie? A dokąd to pan zmierza o tej porze? Toż to środek nocy! - powiedział Roman.
- Środek, nie środek, w środku tygodnia zawsze tak łażę. - odrzekł Gertich - Chyba, że jest środa, to wtedy nie łażę. - doprecyzował po chwili.
- No jak to, panie? A co to ci środek tygodnia w środę nie wypada? - zapytał zdumiony Romek.
- Raz wypada a raz nie! A co to? Telewizji pan nie oglądasz? - odparł podirytowany już całą tą dyskusją Gertich.
- Hola, hola! Co mi tu pan ło telewizji pieprzysz? Co ma Kopernik do piernika? - zarządał wyjaśnień Romuald.
- Jak to co! Znalazł się ciemniok, yntelygencik kurna! Ano Toruń ma tyle do piernika co do Kopernika! - wyśmiał Ramzesa Gertich.
- Bo mi o wiatraka chodziło, nie o astrologa jakiego. Przejęzyczenie i tyla! - poprawił się Ryman. - Pan mi lepiej powiedz, co z tą telewizją!
- A bo to co? Nie mówią ci to: środek masowego przykazu? No! To jak przykazują, tak robię! - tak wrzasnał, że aż się popluł. - Psiakrew! - zauważył słusznie.
- Ła co oni ci panie przykazali? Po nocy się włóczyć kiej ten kocur czorny co po śmietnikach ścierwo jakie wygrzebuje? - zapytał zaciekawiony Roch.
- Juści kocur, psia jego mać!
- Ano, ano! Mówże! - poganiał Roch.
- No bo to jest tak... Ja panu wszystko wyjaśnię, bo widzę, że pan jakiś w ciemię bity. - powiedział dumnie Gertich, po czym dodał, ściszając głos - Bo tu panie chodzi o... bezpieczeństwo obywatelskie!
- Eeee tam...
- Suchej pan a nie krytykuj. Masz pan siedem grzechów głównych, nie?
- No... mam, nie mam, co cię to kurna... A idź, będzie mi tu w sumienie patrzał! - odpowiedział Rum, wyraźnie zirytowany.
- Głupiś, cholera, ja nie, że od razu pan, tak tylko, genelaryzuję, rozumisz pan? - upewnił się Getrich.
- No. Rozumim. I?
- No, to elegancko. I masz tyż pan siedem dni w tygodniu, tak?
Rik potwierdził gardłowym yhy, po czym zatkał jedną dziurkę od nosa i siłą gwałtownego wydmuchu wyczyścił drugą.
- I każdy urodził się jakiegoś tam dnia, no nie? No. - sam sobie odpowiedział Getrich. - I widzisz pan, ja się urodziłem w czwartek... A pan?
- Nie... ja tam w sobotę... - wymamrotał Riki.
- No widzisz pan. Każdy się tam któregoś dnia urodził. No i w tej telewizji mówili, że to teraz taka winna byc moda, że każdy se wybierze taki jeden grzech główny.
- Wybierać se grzechy? Po jaką cholerę, panie? To już trzeba mieć nierówno pod koparą! - stwierdził Rex.
- Eeee, no słuchej pan dalej! I załóżmy, że se pan wybierzesz chciwość...
- Panie! Bo mu po gębie tą piąsteczką przejadę! - zagroził Roland.
- No to gniew niech będzie! - zaproponował Getrich.
- Gniew? Trzymaj mnie pan, bo mu wpier...
- To se pan sam kurde grzech wybierz! No jaki? - rzekł wtedy Getrich.
Rolek zatkał drugą dziurkę od nosa, napełnił płuca powietrzem, zamknął usta, i tak mocno wydmuchnął, że aż się zgiął wpół i obsmarkał sobie lewą nogawkę. Getrich tymczasem, po krótkiej przerwie w wywodzie, nie usłyszawszy odpowiedzi, tak ciągnął dalej:
- I wychodzisz pan w nocy, i se takom pokutę robisz, za te grzechy. Pokręcisz się pan tu po ulicy w środku nocy, to i złodzieja może wypatrzysz, wezwiesz policję, albo chłopaków, i dobry uczynek zrobisz. Rozumisz tera? Rano spitolony jesteś jak po truskawkach! Bo to właśnie taka nowoczesna ascyza! - triumfował Getrich.
- Akcyza? Przez to dziadostwo znowu Łzy Sołtysa zdrożały! - rozczulił się Roxan.
- No, a jak masz grzechów wincej, to dwie, trzy noce tak łazisz. Ale jak potem pójdziesz i opowiesz w konfesjonale jakiś dla społeczeństwa dobry i jaką se sam karę wymierzasz, panie! Odpust natychmiastowy!
- Wszystkich grzechów? - zaciekawił się Roszko.
- No jak rękom odjął!
- A ty to właściwie za jaki grzech tak się po nocy plątasz? - dopytywał się Ruczko.
- E... O! Pacz pan! Widzisz?! - zapytał Getrich.
- No, no! To ci sztuka! Pewnie tyż za jakieś grzechy żałuje! Hehe, lafirynda!
- Cichaj tam! Pacz! Z koleżankom przyszła! Idziemy?! - Getrich z dziwnym w oku błyskiem za rękaw począł Ryszka ciągnąć i ku damom prowadzić.
- No, nie wiem..., ja tu tak tylko przechodziłem... Nawet grzechu se nie wybrałem, żeby się tak tu do was przyłączać... - zafrasował się Reszko.
- Jak cię zapytają, mów, że... - Getrich dojrzał kątem oka uwalone spodnie Raszka - to za nieczystość!

 Do góry 



Spontan nr 5 "Spontaniczne dywagacje i deliberacje i w ogóle jest fajnie"

      Bo zasada jest taka: że gdy nie wiadomo co, to byle co. Dążysz istoto ludzka, dążysz, a może tylko chciałabyś dążyć, tylko wydaje ci się, że dążysz, a tak naprawdę posiadłabyś wszystko lekką ręką, a to, co wysiłku wymaga, podświadomie chowasz w niedostępnych zakamarkach umysłu, wypierasz, odrzucasz. Strach przed wysiłkiem. Obawa myślenia. Zwykłe, cuchnące lenistwo. Gnijące zwłoki zwojów mózgu. Więc chcesz, pragniesz, marzysz, śnisz, modlisz się, a palcem nie ruszysz. Wszystko, co udaje ci się spłodzić, to wymówka tłumacząca dlaczego jesteś bezpłodna, istoto ludzka. A to i tak w nadzwyczajnym przypływie chęci: najłatwiej bowiem zapomnieć. Przepraszam, najłatwiej w ogóle nie zapamiętywać. Rzucić się z mostu z zamkniętymi oczami. Po co pamiętać własny upadek, skoro będzie bolało. W najlepszym wypadku mózg wystrzeli: wtedy nie zdążymy nic poczuć. I rzeczywiście, warto wtedy zamknąć oczy. Ponieważ boimy się bólu, boimy się też przeżyć, boimy się patrzeć, jak upadamy. Więc lecimy na złamanie karku, z klapkami na oczach, ufnie wierząc w los, smagający nas bezlitośnie swymi lejcami. Naiwni, bezwładni królowie własnego życia. O, Ironio! Wymaluj na naszych ustach radość, uczyń z nas klaunów! Połechtaj nas tak, by nam miło było! Byśmy konając krzyczeli: och, jak było miło! Nauczajmy na pustyni, każmy rybie zeznawać. I niech nas wszystkich szlag trafi!
      Kupujemy nasionka, wkładamy do ziemi i czekamy na cud. A tu cuda nie ma. Bo ziarenko trzeba w żyznej ziemi zasadzić. A żeby taka była, to trzeba się, za przeproszeniem, zesrać; a potem jeszcze podlewać, przycinać i odchwaszczać. I kto wie, może coś wyrośnie.
      Szczęśliwy, komu wystarczy kiepski serial i tanie piwo. Nieszczęsny, kto nie lubi taniego piwa i kiepskich seriali, a nie wie, który guzik pilota wcisnąć. Oglądanie go znudzi, picie zemdli. I z przyjemnością wyrzyga tę papkę. Obudzi go wielki kac-gigant, ból głowy i pragnienie. A na stole stać będzie tylko ciepły, cuchnący i wygazowany browar. Być może złapie za butelkę i usiądzie przed telewizorem, co by se do lustra nie pić. I wiecznie będzie łaził napierdolony i skacowany. I zły, że mu się baterie w pilocie wylały, że go kiepski serial nudzi, a tanie piwo mdli...
Inny być może wyłączy pudło, kaca przecierpi. Obudzi się taki pewnego słonecznego ranka, radosny jak skowronek. I jeśli do wieczora nic ciekawego nie zrobi, wyjmie piwo i włączy telewizor. Co będzie czas marnotrawił. A nuż się mecz jaki trafi. A jak nie, to na pewno puszczą jakiś serial.
Szczęśliwy w końcu, kto zaaferowany, czasu nigdy nie miał na tanie piwo przed telewizorem. I ten, kto wytrzeźwiawszy, tak się tą trzeźwością upił, że Coś go tknęło, i tak mu już zostało.
      A teraz pytanie wartości życia. Życia nas wszystkich i każdego z osobna. Czym jest to Coś? Pisz, jeśli masz jakiś pomysł. A ja umieszczę tu Twoją propozycję. Ale uważaj. Jeśli wiesz, i jeśli jesteś szczęśliwy, to znaczy, że rzeczywiście wiesz i jesteś szczęśliwy. Bo jeśli wiesz, a nie jesteś szczęśliwy, to po prostu nie wiesz, nic nie skumałeś i jesteś frajer. A jeśli nie wiesz, a jesteś szczęśliwy, to najprawdopodobniej też nic nie zrozumiałeś, ale przynajmniej Ci zazdroszczę.

 Do góry 



Spontan nr 6 "L'angoisse de la page blanche"
























.

 Do góry 



Spontan nr 7 "Bo gdy złote liście szumią pod stopami..."

      Pójdźmy wszyscy na łąkę, na polanę, nie ważne, do lasu, nad rzeczkę, nad staw, jezioro, wzgórze, górkę: byle pod chmurkę. Stańmy na mostku, posłuchajmy ptaków śpiewu, szumu drzew, wołania wiatru, plusku wody. Bo na łonie przyrody, swe łono lubiała odsłonić ...: na trawce, gdzie kropelki rosy - ciekły kryształ, gdzie czterolistna koniczynka szczęście ci przyniesie, gdzie świerszcz zaświerszczy a konik polny na skrzypeczkach zagra. Wzdrygniesz się nagle - coś biega ci pod nogawką - zapewne mróweczka. To nic, rzeczesz, wszak spodnie i tak najwyższy czas już zdjąć. Czyż nie zgorszą się pszczółki, co na kwiatkach wokół nektar słodki zbierają, czyż nie odwrócą się odwłokami bąki, trzmiele? Och, nie ma obawy, wszak żyć w zgodzie z naturą największą jest cnotą, choćby i biegać boso po lesie, byle na szyszkę nie nadepnąć. A słonko świeci ponad głowami, rozgrzewa ciała, rozpala zmysły, rozpuszcza promykami wodze wyobraźni. Uwolnione, pędzą galopem. Wysiłek sprawia im przyjemność. Fizyczny. Ten umysłowy dawno żeśmy sobie wyłączyli - czyż natura nie działa instynktownie? O! A oto nadchodzą chmury, czarne niczym bezksiężycowa noc pośrodku puszczy. I zrywa się wicher, i słonko, biedactwo, ginie gdzieś pod miękkimi kłębami złowrogich, ślepych obłoków. I uciekają mróweczki do mrowisk, i odlatują pszczółki do gniazd. Pobieglibyśmy schronić się pod rozległymi konarami wzbudzającego zaufanie wielkiego dębu, lecz błyski i gromy zdrowy rozsądek z sielskiej senności wyrwały; a ten, widząc iskrzące się niebo, na środku pola pozostać nakazuje. Zmokniemy więc. Zapach pierwszych kropli, opadłych na rozgrzane podłoże, pieści nasze nozdrza. Niech więc pada, jest ciepło, tu, pośrodku pustkowia; a gdyby nawet dreszcz chłodu przeszyć miał nasze rozpalone ramiona i plecy, schronimy się w sobie. Nie będzie nikomu zimno, inne dreszcze nas pochłoną. A gdy przestanie padać, na niebie, ponad lasem całym, w tafli jeziora odbijać się będzie, kolorowa tęcza. Ukoronowanie nieba. Rozpłyniemy się, karmiąc zmysły pełnią wrażeń, jaką obdarza nas natura. Jej tu cześć i szacun ;)

 Do góry 



© 2004-2006 Łukasz Wabiński