Poniższy opis to bardziej relacja niż zbiór informacji praktycznych. Ma to tę wadę, że tekst, jeszcze nie dokończony,
już jest dość znacznej długości. Z drugiej strony taki opis pozwala wczuć się w atmosferę wyjazdu.
Menu:
Dojazd do Francji
- Łódź - Wrocław. Mieszkam w Łodzi, nic
więc dziwnego, że tu rozpoczęła się moja podróż.
Aby dostać się na granicę z Niemcami postanowiłem obrać kierunek Wrocław - Zgorzelec (Görlitz).
Z dworca "Łódź Kaliska" pociągi do Wrocławia kursują dość często, nie są one podstawiane,
przyjeżdżają z Warszawy Wschodniej. Mój pociąg był o 10:23. Bilet pospieszny ze
zniżką 37% (uczniowie, studenci) z Łodzi do Wrocławia (243km)
kosztował 24,99zł. Z Łodzi do Wrocławia podróż trwała 3h55' (do 14:18). Pociąg
do Zgorzelca był dopiero o 17:58 (nie ma właściwie sensu jechać wcześniej,
zwłaszcza, jeśli ktoś chce podróżować przez Niemcy biletem Schönes-Wochenend
(więcej o tym bilecie czytaj poniżej), który jest ważny od północy) - w tym
czasie, zostawiwszy bagaże w przechowalni dworcowej - opłata 6zł chyba za 2h,
zjedliśmy dość dobry obiad w barze mlecznym nieopodal dworca, zwiedziliśmy
rynek, kupiliśmy także papierosy (uwaga palacze: w Niemczech papierosy kosztują
od 3,20€, we Francji od 4,50€, jeżeli ktoś ma ambicje nie przepłacać, lepiej
kupić nawet za dużo, byle w Polsce!), a w sportowym gaz.
- Wrocław - Zgorzelec - Görlitz. Z
Wrocławia do Zgorzelca, jak wspominałem, wyjechaliśmy o 17:58. Bilet na pociąg
osobowy - kosztował 12,41zł (164km). Do Zgorzelca dotarliśmy po 21. Z dworca
od razu udaliśmy się na przejście graniczne - jest to kawałek drogi, zwłaszcza
jak na zasunwanie z plecakiem. Przy dworcu jest postój taxi, powinno się dać
utargować "dychę" za dojazd do granicy, choć my ostro parliśmy naprzód piechotą
- nie wiedzieliśmy po prostu jak daleko jest granica i dworzec w Görlitz.
Szliśmy więc około 1h45, ale da się dojść szybciej - po prostu często robiliśmy
sobie przerwy z uwagi na niemiłosiernie ciężkie plecaki. Na dworzec w Görlitz
łatwo trafić, choć za pierwszym razem warto pytać miejscowych o bahnhoff. Dworce
w Niemczech są zamykane na noc - trzeba iść na peron. Są tam zabudowane małe
poczekalnie - warto się tam schować, bo, lato nie lato, może być po prostu zimno
na niewygodnych metalowych krzesełkach na peronie, na dodatek tak wybrzuszonych,
że położenia się na nich nie polecam. Na dworcu jest spokojnie, nie ma
bezdomnych. O 4 otwarto dworzec, gdzie schroniliśmy się przed zimnem. Jest tu
płatna toaleta - nikt nie zbiera opłat, jest automat, który po wrzuceniu
odpowiedniej sumki otwiera drzwi, więc może wejść i załatwić się dużo osób.
- Przejazd przez Niemcy. Bilet Schönes-Wochenend (Wochenenda) i trasa
Görlitz - Breisach. W podziemiu łączącym perony z dworcem (nie
zamykanym) jest automat z biletami; zresztą w Niemczech raczej nie kupuje się
biletów w okienkach, tylko w takowych automatach. Z dwóch kolumn przycisków (nie
numerycznych, tylko niżej), należy wybrać lewą kolumnę (jeżeli nie jest się,
choćby wbrew pozorom, dzieckiem), odszukać tam Schönes-Wochenend, wybrać dzień
(sobotę lub niedzielę) i wsunąć 28€. Jest to bilet obowiązujący od północy do
godziny 3 dnia następnego, więc 27h. Może nim jechać pięć osób; jeżeli podróżuje
się w dwie osoby kosztować to będzie po 14, w trzy - po 9.33, w cztery - po 7, w
pięć - po 5.60€ na osobę - więc nie drogo, zwłaszcza, że nie ma limitu
przesiadek ani odległości. Wocheneda obowiązuje w pociągach regionalnych - ich
oznaczenia wypisane są na bilecie. Obowiązuje więc w pociągach IRE, RE, RB i
podmiejskich (ich przystanki znajdują się przed dworcami) S-bahn, a nawet na
niektóre autobusy. Kiedy kupiło się już ów bilet, należy
pójść do kasy biletowej=informacji i powiedzieć, że ma się Wochenendę i że
jedzie się, na przykład, z Drezna do Freiburga a dostaniemy wydruk z listą
przesiadek. Może być ich nawet około dziesięciu, a czasami odstępy między jednym
a drugim pociągiem wynosić będą 4'. Nie ma się jednak czym martwić - jeżeli się
spóźnimy, należy po prostu pójść znowu do informacji i poprosić o kolejny
wydruk. (Oczywiście w nocy, w Görlitz (i na innych dworcach) nie ma co liczyć na
kasy i informacje, które otwierane są zwykle o szóstej. W tym przypadku, należy
najpierw pojechać do Drezna (pierwszy taki pociąg z Görlitz jest o piątej; w
nocy pociągi tu nie kursują) - do tego czasu wszystko zostanie otwarte - i tam
pójść do kasy-informacji).
Jeżeli na wydruku będzie zaznaczone, że ileś tam minut trzeba iść gdzieś na pieszo, nie należy się przerażać. Z pewnością następny na
wydruku jest pociąg podmiejski S-bahn, a więc z tym chodzeniem chodzi tylko o to, aby wyjść przed dworzec, gdzie jeżdżą S-bahny. I nie
zajmuje to ani 5, ani 10 minut, jak często jest napisane na liście przesiadek.
Komunikacja w Niemczech odbywa się bardzo sprawnie, pociągi odjeżdżają co do
minuty, a opóźnienie dotknęło mnie tylko raz i to nie duże. Pociągi są bardzo
nowoczesne, w każdym są wagony, których duża część jest przeznaczona na
transport rowerów. Zresztą często można spotkać rodaków przemierzających Niemcy
z rowerami. Na każdym dworcu kosze mają kilka dziurek na kilka rodzajów
odpadków. Takie śmietniczki zdarzają się niekiedy także w pociągach. Raz, gdy
ustąpiłem miejsca starszej Niemce, ta, wysiadając dała mi 1€ - kwota niewielka,
ale liczy się gest. Zdarzyć się może, że gdy podróżujecie w mniej niż 5 osób na
Wochenendzie, ktoś będzie chciał się dołączyć do waszego biletu. Warto się
zgadzać - raz dostaliśmy w zamian po piwie, raz 10€ (a raz nic). (To oczywiście
subiektywne spostrzeżenie, ale wydaje się, że Polakom trudniej jest się ot tak
przyłączyć do czyjegoś biletu nic w zamian nie dawszy, natomiast Niemcom
przychodzi to zdecydowanie łatwiej, choć nie można generalizować.) Niestety
pociągi bardzo często są wypchane po brzegi - w takich sytuacjach woleliśmy
pozostać przy wejściu do wagonu lub w przedziałach dla rowerów - z bagażami
trudno się przemieszczać, gdy jest dużo ludzi, po tej części pociągu, gdzie
zwykle powinno się podróżować, gdyż ma ona układ awionetki - dwa fotele po
lewej, dwa po prawej, a po środku wąskie przejście, a nad głową raczej małe
"koje" na bagaże. Rzadko zdarzają się przedziały dla palących; w ubikacjach
teoretycznie też nie wolno palić... ale czasami gdzieś trzeba!
A teraz praktyczna porada. Jeżeli jedna osoba zostaje na peronie, a druga idzie po wydruk z
przesiadkami, albo gdziekolwiek indziej,
to niech ta druga zapamięta, na którym została ta pierwsza. Chodzi o to, że w miastach typu Drezno, Freiburg, a tym bardziej Norymbergia,
dworce są bardzo duże i liczą nawet około 20 peronów. I gdy okaże się w informacji, że mamy pociąg za pięć minut, możemy nie zdążyć latając
z peronu na peron. Nie ma też co liczyć na to, że z jednego peronu zobaczymy, na którym została inna osoba - jest tu duży ruch i perony nie
stoją nieużywane, a pociągi zasłaniają widok na inne perony.
Gdy się przejeżdża Niemcy "na Wochenendzie", trudno przewidzieć, jaką trasą
będzie się podróżować. Dlatego nie ma co śledzić na mapach gdzie się jest -
nawet jeżeli teraz według wydruku mamy wsiąść w pociąg, który jedzie jakoś
dziwnie, na przykład, na północ, a nie na zachód, w stronę Francji, należy się
temu poddać - przejazd zaproponowany na liście z przesiadkami był w chwili
drukowania przejazdem najszybszym. W ogóle podróż przez Niemcy w ten sposób
przypomina maraton i jest to nietypowe doświadczenie. Czasami jedzie się
pociągiem 5 minut, wylatuje z dworca i wsiada w S-bahn, potem znowu gdzieś na
dworzec - teraz pociągiem dwie godziny (to już długo - warto wykorzystać ten
czas na drzemkę), znowu inna miejscowość i szybko na inny peron, gdzie zapewne
czeka kolejny pociąg - w ten sposób, nie wiedząc kiedy mija cały dzień. A Niemcy
przejechać można bez pośpiechu w 17 godzin - my, wyruszywszy o 5 z Görlitz,
byliśmy w Breisach po 22 (nie zdążywszy w ciągu tego maratonu na co najmniej
jeden pociąg - a więc można by jeszcze szybciej). Jeżeli ktoś jedzie do
Szwajcarii, we Freiburgu bierze kierunek na Bazyleę, my - aby nie wylądować w
nocy w dużym mieście - pojechaliśmy do granicznego Breisach.
Na tutejszym dworcu można się przerazić - gorzej niż w Polsce - peron okupowany jest często przez pijących do upadłego, brudnych i
zarzyganych jegomościów, którzy, na szczęście, nie zaczepiają podróżnych. Z dworca widać w
pobliżu stację benzynową - w nocy jest już
zapewne nieczynna, ale jeśli skieruje się wzrok na prawo od niej, i gdy już jest ciemno, zobaczy się w sporej odległości światła innej
stacji. Warto tam iść, gdyż stacja ta, a także McDonald's, znajdują się na trasie, która przechodzi w most na Renie - czyli w granicę
niemiecko-francuską. Można przejść przez most na stronę francuską, ale jest to spory kawałek, a każdy na pewno marzy już odpoczynku po
maratonie. My, za tą właśnie stacją, wypatrzyliśmy ogródki działkowe. Znaleźliśmy jeden taki ogródek, dobrze zacieniony od świateł
stacji, poza tym w niziutką siatką i rozległym trawnikiem w środku. Oczywiście rozłożyliśmy na spoconej rosą trawie karimaty i śpiwory
celem wyspania się. Cel osiągnięty do końca nie został - nie było tak źle, z tym, że zwinęliśmy się o świcie, aby nie zostać posądzonym
o uprawianie tak stereotypowego za granicą zawodu każdego Polaka. Rano udaliśmy się na ową stację. Musieliśmy poczekać aż nadejdzie
godzina jej otwarcia, po czym zjedliśmy rogalika, skorzystaliśmy z toalety i kupiliśmy wodę (we Francji latem lepiej się bez tego nie
ruszać). Następnie przeszliśmy ów most na Renie i znalazłszy się już we Francji, na pięknej,
prościutkiej aż po horyzont, tonącej w coraz
gorętszym słońcu drodze, zaczęliśmy coś, o czym nie mieliśmy do tej pory bladego pojęcia - stopowanie.
Do góry 
Podróżowanie we Francji
- Breisach - Meyzieu (pod Lyonem).
Ponieważ były nas trzy osoby, z trzema plecakami, z dodatkowymi tobołkami, takimi jak namiot, sądziliśmy, że nie
możemy liczyć na podwiezienie przez samochody osobowe - stopowaliśmy więc widząc samochody dostawcze lub co większe
osobowe. Tymczasem, po bodajże niespełna godzinie, zatrzymuje się mały Peugeot 106. Nie byliśmy pewni czy się
zmieścimy, ale udało się. Był to nasz pierwszy stop a jednocześnie moment zwrotny - zrozumieliśmy, że możemy
liczyć również na przychylność właścicieli małych aut. Było oczywiście ciasno i niewygodnie, ale gdybyśmy chcieli
podróżować wygodnie, podróżowalibysmy samolotem. Z tego co pamiętam, jeden plecak zmieścił się w bagażniku, drugi -
na kolanch dziewczyn z tyłu, a trzeci trzymałem z przodu, między nogami. Niezwykłe jest to, że nie ma dwóch takich
samych autostopów - w każdym panuje charakterystyczny klimat. W tym pierwszym jechaliśmy z niezwykle spokojnym,
sprawiającym wrażenie mądrego przez doświadczenie, słuchającym muzyki klasycznej, około 50-letnim Alzatczykiem.
Przejeżdżając co jakiś czas leniwie przez urocze miasteczka Alzacji dojechaliśmy do przedmieść Miluzy (Mulhouse).
Tutaj początkowo stopowalismy przy mało ruchliwym wjeździe na główniejszą trasę wiodącą do Besançon.
Wyjęliśmy zeszyt A5, długopis, napisaliśmy na kartce Besançon i włożyliśmy w koszulkę. Niewiele to jednak dało
więc weszliśmy na ową główniejszą trasę; nie była to autostrada, choć nie jestem przekonany, czy mogliśmy tam
stopować. Tak czy siak, dosyć szybko zatrzymała się Vectra, zdołaliśmy umieścić plecaki w bagażniku i w trójkę
usadowiliśmy się z tyłu. Prowadziła też około 50-letnia Francuzka, obok niej siedział 30-letni Arab. Jak się
później dowiedziałem - gdy zatrzymaliśmy się na parkingu i miałem możliwość pogadania z nim bez Francuzki - stanowili
oni parę, chociaż on wydawał się tym już zmęczony: narzekał, że jej, po tygodniu pracy w biurze, zachciewa się wycieczek,
podczas gdy on, po 6 dniach w fabryce Peugeota najchętniej nie ruszałby się z domu. Był natomiast na nią
w pewien sposób skazany - oprócz niej, nie miał nikogo innego we Francji. Jedno jest pewne - byli najdziwniejszą
parą jaką spotkałam.
Wysadzili nas przy odludnym wieździe na autostradę. Słońce osiągnęło południe,
przeżyliśmy szok termiczny - praktycznie pierwszy upalny dzień 2004 roku, a jeszcze przed paroma godzinami
marznęliśmy na dworcach w Niemczech. Schroniliśmy się w cieniu tablicy informacyjnej, niestety kurczył się on
z każdą chwilą. To były ciężkie chwile, a jednocześnie autostop, na który najdłużej czekaliśmy - 3 godziny.
Być może dlatego, że była niedziela, godziny obiadowe, do tego droga raczej nie krajowa... Tym razem zatrzymało się
dwóch młodych Arabów. Nie wieźli nas długo, ale zdążyli w tym czasie zaproponować skręta. (Jak widać znowu panował
zupełnie inny klimat).
Znowu wylądowaliśmy przy małym wjeździe na autostradę, na szczęście ruch był
już znacznie większy. Zrobiliśmy napis Lyon i chyba po niespełna godzinie zatrzymał się kierowca jadący na lotnisko
Saint-Exupéry pod Lyonem. Wreszcie przejedziemy jakiś dłuższy kawałek! Niestety około 30-letni Francuz, jeśli
liczył na towarzystwo, zawiódł się. Byliśmy wycieńczeni 3 dniem podrózy, nocami na dworcu, smażeniem się przy
drogach, i jak siedzieliśmy, tak zasnęliśmy. Zmęczenie było nie do opanowania, sen nadchodził znienacka, jak z
palców strzelił - nie było żadnego przejścia między stanem świadomości a snem; o tym, że zasnąłem dowiadywałem się,
przebudziwszy się.
Znaleźliśmy się na olbrzymim parkingu lotniska, które wydawało się położone
na środku pustyni. Nie było mowy, żeby w jakiś sposób wydostać się stąd na pieszo. Słońce wciąż mocno grzało;
gorąco potęgowane było przez wszechobecny beton. Po zbadaniu na mapie naszego położenia, udaliśmy się na przystanek
autobusowy, rozważyć możliwe wyjścia. Tutaj spotykamy przemiłego człowieka, który proponuje nam, że nas podrzuci
na kemping. Niestety ma tylko dwa wolne miejsca, więc nici ze szpulki. Nie omieszkaliśmy zachaczyć o informację
turystyczną.
pokazujemy pani, że chcemy się dostać na Camping Municipal de Lyon (którego namiary znalazłem w
jakims przewodniku). Pani myśli, ale nic wymyślić nie może. Wtem, okazuje się, że są tu w okolicy także inne
kempingi, a jeden z nich wcale nie tak daleko. Znowu na spokojnie analizujemy nasze położenie i okazuje się, że
niedaleko jest droga, która prowadzi prosto do miejscowości, w której jest ów kemping. Bierzemy więc wózki na bagaże
i udajemy się w stronę tejże drogi. Ruch tutaj panuje spory, niestety nikt nie jest skory zatrzymać się. Mamy
świadomość kończącego się dnia - powinniśmy już rozbijać namiot. Robimy napis - Meyzieu. Ktoś się zatrzymuje
- to niestety falstart - kierowca nie jedzie jednak w tym kierunku. Humory stają się grobowe a organizmy wycieńczone.
Nagle (jak zwykle nie wiadomo jak i kiedy), zatrzymuje się młody chłopak - najwyraźniej również pochodzenia arabskiego.
Mówi, że trochę mu się spieszy, bo żona na niego czeka; mimo to podwozi nas pod samą bramę kempingu "Du Grand Large" -
trafić tu nie łatwo, nasz kierowca kilkakrotnie musiał pytać tubylców o drogę. Jesteśmy więc wniebowzięci i
cholernie wdzięczni człowiekowi. Wreszcie będziemy mogli porządnie się umyć, coś zjeść i wyspać się. Gdy rozbijamy
namiot zachodzi słońce. Akurat.
Do góry
Noclegi
Do góry
|