Strona główna
Język francuski
Galeria
Podróże
Alfabet
Teksty
Linki
Autor
Księga gości
Mapa serwisu
Tłumaczenia
Apteka




  wizyt:   

NAWIGACJA >> Strona główna > Podróże > Francja 2004

W TEJ KATEGORII >> Wstęp  Ceny  Co zabrać?  Francja/Hiszpania 2005 

Poniższy opis to bardziej relacja niż zbiór informacji praktycznych. Ma to tę wadę, że tekst, jeszcze nie dokończony, już jest dość znacznej długości. Z drugiej strony taki opis pozwala wczuć się w atmosferę wyjazdu.
Menu: Dojazd do Francji
  • Łódź - Wrocław. Mieszkam w Łodzi, nic więc dziwnego, że tu rozpoczęła się moja podróż. Aby dostać się na granicę z Niemcami postanowiłem obrać kierunek Wrocław - Zgorzelec (Görlitz). Z dworca "Łódź Kaliska" pociągi do Wrocławia kursują dość często, nie są one podstawiane, przyjeżdżają z Warszawy Wschodniej. Mój pociąg był o 10:23. Bilet pospieszny ze zniżką 37% (uczniowie, studenci) z Łodzi do Wrocławia (243km) kosztował 24,99zł. Z Łodzi do Wrocławia podróż trwała 3h55' (do 14:18). Pociąg do Zgorzelca był dopiero o 17:58 (nie ma właściwie sensu jechać wcześniej, zwłaszcza, jeśli ktoś chce podróżować przez Niemcy biletem Schönes-Wochenend (więcej o tym bilecie czytaj poniżej), który jest ważny od północy) - w tym czasie, zostawiwszy bagaże w przechowalni dworcowej - opłata 6zł chyba za 2h, zjedliśmy dość dobry obiad w barze mlecznym nieopodal dworca, zwiedziliśmy rynek, kupiliśmy także papierosy (uwaga palacze: w Niemczech papierosy kosztują od 3,20€, we Francji od 4,50€, jeżeli ktoś ma ambicje nie przepłacać, lepiej kupić nawet za dużo, byle w Polsce!), a w sportowym gaz.
  • Wrocław - Zgorzelec - Görlitz. Z Wrocławia do Zgorzelca, jak wspominałem, wyjechaliśmy o 17:58. Bilet na pociąg osobowy - kosztował 12,41zł (164km). Do Zgorzelca dotarliśmy po 21. Z dworca od razu udaliśmy się na przejście graniczne - jest to kawałek drogi, zwłaszcza jak na zasunwanie z plecakiem. Przy dworcu jest postój taxi, powinno się dać utargować "dychę" za dojazd do granicy, choć my ostro parliśmy naprzód piechotą - nie wiedzieliśmy po prostu jak daleko jest granica i dworzec w Görlitz. Szliśmy więc około 1h45, ale da się dojść szybciej - po prostu często robiliśmy sobie przerwy z uwagi na niemiłosiernie ciężkie plecaki. Na dworzec w Görlitz łatwo trafić, choć za pierwszym razem warto pytać miejscowych o bahnhoff. Dworce w Niemczech są zamykane na noc - trzeba iść na peron. Są tam zabudowane małe poczekalnie - warto się tam schować, bo, lato nie lato, może być po prostu zimno na niewygodnych metalowych krzesełkach na peronie, na dodatek tak wybrzuszonych, że położenia się na nich nie polecam. Na dworcu jest spokojnie, nie ma bezdomnych. O 4 otwarto dworzec, gdzie schroniliśmy się przed zimnem. Jest tu płatna toaleta - nikt nie zbiera opłat, jest automat, który po wrzuceniu odpowiedniej sumki otwiera drzwi, więc może wejść i załatwić się dużo osób.
  • Przejazd przez Niemcy. Bilet Schönes-Wochenend (Wochenenda) i trasa Görlitz - Breisach. W podziemiu łączącym perony z dworcem (nie zamykanym) jest automat z biletami; zresztą w Niemczech raczej nie kupuje się biletów w okienkach, tylko w takowych automatach. Z dwóch kolumn przycisków (nie numerycznych, tylko niżej), należy wybrać lewą kolumnę (jeżeli nie jest się, choćby wbrew pozorom, dzieckiem), odszukać tam Schönes-Wochenend, wybrać dzień (sobotę lub niedzielę) i wsunąć 28€. Jest to bilet obowiązujący od północy do godziny 3 dnia następnego, więc 27h. Może nim jechać pięć osób; jeżeli podróżuje się w dwie osoby kosztować to będzie po 14, w trzy - po 9.33, w cztery - po 7, w pięć - po 5.60€ na osobę - więc nie drogo, zwłaszcza, że nie ma limitu przesiadek ani odległości. Wocheneda obowiązuje w pociągach regionalnych - ich oznaczenia wypisane są na bilecie. Obowiązuje więc w pociągach IRE, RE, RB i podmiejskich (ich przystanki znajdują się przed dworcami) S-bahn, a nawet na niektóre autobusy. Kiedy kupiło się już ów bilet, należy pójść do kasy biletowej=informacji i powiedzieć, że ma się Wochenendę i że jedzie się, na przykład, z Drezna do Freiburga a dostaniemy wydruk z listą przesiadek. Może być ich nawet około dziesięciu, a czasami odstępy między jednym a drugim pociągiem wynosić będą 4'. Nie ma się jednak czym martwić - jeżeli się spóźnimy, należy po prostu pójść znowu do informacji i poprosić o kolejny wydruk. (Oczywiście w nocy, w Görlitz (i na innych dworcach) nie ma co liczyć na kasy i informacje, które otwierane są zwykle o szóstej. W tym przypadku, należy najpierw pojechać do Drezna (pierwszy taki pociąg z Görlitz jest o piątej; w nocy pociągi tu nie kursują) - do tego czasu wszystko zostanie otwarte - i tam pójść do kasy-informacji).
    Jeżeli na wydruku będzie zaznaczone, że ileś tam minut trzeba iść gdzieś na pieszo, nie należy się przerażać. Z pewnością następny na wydruku jest pociąg podmiejski S-bahn, a więc z tym chodzeniem chodzi tylko o to, aby wyjść przed dworzec, gdzie jeżdżą S-bahny. I nie zajmuje to ani 5, ani 10 minut, jak często jest napisane na liście przesiadek.
    Komunikacja w Niemczech odbywa się bardzo sprawnie, pociągi odjeżdżają co do minuty, a opóźnienie dotknęło mnie tylko raz i to nie duże. Pociągi są bardzo nowoczesne, w każdym są wagony, których duża część jest przeznaczona na transport rowerów. Zresztą często można spotkać rodaków przemierzających Niemcy z rowerami. Na każdym dworcu kosze mają kilka dziurek na kilka rodzajów odpadków. Takie śmietniczki zdarzają się niekiedy także w pociągach. Raz, gdy ustąpiłem miejsca starszej Niemce, ta, wysiadając dała mi 1€ - kwota niewielka, ale liczy się gest. Zdarzyć się może, że gdy podróżujecie w mniej niż 5 osób na Wochenendzie, ktoś będzie chciał się dołączyć do waszego biletu. Warto się zgadzać - raz dostaliśmy w zamian po piwie, raz 10€ (a raz nic). (To oczywiście subiektywne spostrzeżenie, ale wydaje się, że Polakom trudniej jest się ot tak przyłączyć do czyjegoś biletu nic w zamian nie dawszy, natomiast Niemcom przychodzi to zdecydowanie łatwiej, choć nie można generalizować.) Niestety pociągi bardzo często są wypchane po brzegi - w takich sytuacjach woleliśmy pozostać przy wejściu do wagonu lub w przedziałach dla rowerów - z bagażami trudno się przemieszczać, gdy jest dużo ludzi, po tej części pociągu, gdzie zwykle powinno się podróżować, gdyż ma ona układ awionetki - dwa fotele po lewej, dwa po prawej, a po środku wąskie przejście, a nad głową raczej małe "koje" na bagaże. Rzadko zdarzają się przedziały dla palących; w ubikacjach teoretycznie też nie wolno palić... ale czasami gdzieś trzeba!
    A teraz praktyczna porada. Jeżeli jedna osoba zostaje na peronie, a druga idzie po wydruk z przesiadkami, albo gdziekolwiek indziej, to niech ta druga zapamięta, na którym została ta pierwsza. Chodzi o to, że w miastach typu Drezno, Freiburg, a tym bardziej Norymbergia, dworce są bardzo duże i liczą nawet około 20 peronów. I gdy okaże się w informacji, że mamy pociąg za pięć minut, możemy nie zdążyć latając z peronu na peron. Nie ma też co liczyć na to, że z jednego peronu zobaczymy, na którym została inna osoba - jest tu duży ruch i perony nie stoją nieużywane, a pociągi zasłaniają widok na inne perony.
    Gdy się przejeżdża Niemcy "na Wochenendzie", trudno przewidzieć, jaką trasą będzie się podróżować. Dlatego nie ma co śledzić na mapach gdzie się jest - nawet jeżeli teraz według wydruku mamy wsiąść w pociąg, który jedzie jakoś dziwnie, na przykład, na północ, a nie na zachód, w stronę Francji, należy się temu poddać - przejazd zaproponowany na liście z przesiadkami był w chwili drukowania przejazdem najszybszym. W ogóle podróż przez Niemcy w ten sposób przypomina maraton i jest to nietypowe doświadczenie. Czasami jedzie się pociągiem 5 minut, wylatuje z dworca i wsiada w S-bahn, potem znowu gdzieś na dworzec - teraz pociągiem dwie godziny (to już długo - warto wykorzystać ten czas na drzemkę), znowu inna miejscowość i szybko na inny peron, gdzie zapewne czeka kolejny pociąg - w ten sposób, nie wiedząc kiedy mija cały dzień. A Niemcy przejechać można bez pośpiechu w 17 godzin - my, wyruszywszy o 5 z Görlitz, byliśmy w Breisach po 22 (nie zdążywszy w ciągu tego maratonu na co najmniej jeden pociąg - a więc można by jeszcze szybciej). Jeżeli ktoś jedzie do Szwajcarii, we Freiburgu bierze kierunek na Bazyleę, my - aby nie wylądować w nocy w dużym mieście - pojechaliśmy do granicznego Breisach.
    Na tutejszym dworcu można się przerazić - gorzej niż w Polsce - peron okupowany jest często przez pijących do upadłego, brudnych i zarzyganych jegomościów, którzy, na szczęście, nie zaczepiają podróżnych. Z dworca widać w pobliżu stację benzynową - w nocy jest już zapewne nieczynna, ale jeśli skieruje się wzrok na prawo od niej, i gdy już jest ciemno, zobaczy się w sporej odległości światła innej stacji. Warto tam iść, gdyż stacja ta, a także McDonald's, znajdują się na trasie, która przechodzi w most na Renie - czyli w granicę niemiecko-francuską. Można przejść przez most na stronę francuską, ale jest to spory kawałek, a każdy na pewno marzy już odpoczynku po maratonie. My, za tą właśnie stacją, wypatrzyliśmy ogródki działkowe. Znaleźliśmy jeden taki ogródek, dobrze zacieniony od świateł stacji, poza tym w niziutką siatką i rozległym trawnikiem w środku. Oczywiście rozłożyliśmy na spoconej rosą trawie karimaty i śpiwory celem wyspania się. Cel osiągnięty do końca nie został - nie było tak źle, z tym, że zwinęliśmy się o świcie, aby nie zostać posądzonym o uprawianie tak stereotypowego za granicą zawodu każdego Polaka. Rano udaliśmy się na ową stację. Musieliśmy poczekać aż nadejdzie godzina jej otwarcia, po czym zjedliśmy rogalika, skorzystaliśmy z toalety i kupiliśmy wodę (we Francji latem lepiej się bez tego nie ruszać). Następnie przeszliśmy ów most na Renie i znalazłszy się już we Francji, na pięknej, prościutkiej aż po horyzont, tonącej w coraz gorętszym słońcu drodze, zaczęliśmy coś, o czym nie mieliśmy do tej pory bladego pojęcia - stopowanie.
 Do góry 

Podróżowanie we Francji
  • Breisach - Meyzieu (pod Lyonem). Ponieważ były nas trzy osoby, z trzema plecakami, z dodatkowymi tobołkami, takimi jak namiot, sądziliśmy, że nie możemy liczyć na podwiezienie przez samochody osobowe - stopowaliśmy więc widząc samochody dostawcze lub co większe osobowe. Tymczasem, po bodajże niespełna godzinie, zatrzymuje się mały Peugeot 106. Nie byliśmy pewni czy się zmieścimy, ale udało się. Był to nasz pierwszy stop a jednocześnie moment zwrotny - zrozumieliśmy, że możemy liczyć również na przychylność właścicieli małych aut. Było oczywiście ciasno i niewygodnie, ale gdybyśmy chcieli podróżować wygodnie, podróżowalibysmy samolotem. Z tego co pamiętam, jeden plecak zmieścił się w bagażniku, drugi - na kolanch dziewczyn z tyłu, a trzeci trzymałem z przodu, między nogami. Niezwykłe jest to, że nie ma dwóch takich samych autostopów - w każdym panuje charakterystyczny klimat. W tym pierwszym jechaliśmy z niezwykle spokojnym, sprawiającym wrażenie mądrego przez doświadczenie, słuchającym muzyki klasycznej, około 50-letnim Alzatczykiem. Przejeżdżając co jakiś czas leniwie przez urocze miasteczka Alzacji dojechaliśmy do przedmieść Miluzy (Mulhouse).
          Tutaj początkowo stopowalismy przy mało ruchliwym wjeździe na główniejszą trasę wiodącą do Besançon. Wyjęliśmy zeszyt A5, długopis, napisaliśmy na kartce Besançon i włożyliśmy w koszulkę. Niewiele to jednak dało więc weszliśmy na ową główniejszą trasę; nie była to autostrada, choć nie jestem przekonany, czy mogliśmy tam stopować. Tak czy siak, dosyć szybko zatrzymała się Vectra, zdołaliśmy umieścić plecaki w bagażniku i w trójkę usadowiliśmy się z tyłu. Prowadziła też około 50-letnia Francuzka, obok niej siedział 30-letni Arab. Jak się później dowiedziałem - gdy zatrzymaliśmy się na parkingu i miałem możliwość pogadania z nim bez Francuzki - stanowili oni parę, chociaż on wydawał się tym już zmęczony: narzekał, że jej, po tygodniu pracy w biurze, zachciewa się wycieczek, podczas gdy on, po 6 dniach w fabryce Peugeota najchętniej nie ruszałby się z domu. Był natomiast na nią w pewien sposób skazany - oprócz niej, nie miał nikogo innego we Francji. Jedno jest pewne - byli najdziwniejszą parą jaką spotkałam.
          Wysadzili nas przy odludnym wieździe na autostradę. Słońce osiągnęło południe, przeżyliśmy szok termiczny - praktycznie pierwszy upalny dzień 2004 roku, a jeszcze przed paroma godzinami marznęliśmy na dworcach w Niemczech. Schroniliśmy się w cieniu tablicy informacyjnej, niestety kurczył się on z każdą chwilą. To były ciężkie chwile, a jednocześnie autostop, na który najdłużej czekaliśmy - 3 godziny. Być może dlatego, że była niedziela, godziny obiadowe, do tego droga raczej nie krajowa... Tym razem zatrzymało się dwóch młodych Arabów. Nie wieźli nas długo, ale zdążyli w tym czasie zaproponować skręta. (Jak widać znowu panował zupełnie inny klimat).
          Znowu wylądowaliśmy przy małym wjeździe na autostradę, na szczęście ruch był już znacznie większy. Zrobiliśmy napis Lyon i chyba po niespełna godzinie zatrzymał się kierowca jadący na lotnisko Saint-Exupéry pod Lyonem. Wreszcie przejedziemy jakiś dłuższy kawałek! Niestety około 30-letni Francuz, jeśli liczył na towarzystwo, zawiódł się. Byliśmy wycieńczeni 3 dniem podrózy, nocami na dworcu, smażeniem się przy drogach, i jak siedzieliśmy, tak zasnęliśmy. Zmęczenie było nie do opanowania, sen nadchodził znienacka, jak z palców strzelił - nie było żadnego przejścia między stanem świadomości a snem; o tym, że zasnąłem dowiadywałem się, przebudziwszy się.
          Znaleźliśmy się na olbrzymim parkingu lotniska, które wydawało się położone na środku pustyni. Nie było mowy, żeby w jakiś sposób wydostać się stąd na pieszo. Słońce wciąż mocno grzało; gorąco potęgowane było przez wszechobecny beton. Po zbadaniu na mapie naszego położenia, udaliśmy się na przystanek autobusowy, rozważyć możliwe wyjścia. Tutaj spotykamy przemiłego człowieka, który proponuje nam, że nas podrzuci na kemping. Niestety ma tylko dwa wolne miejsca, więc nici ze szpulki. Nie omieszkaliśmy zachaczyć o informację turystyczną. pokazujemy pani, że chcemy się dostać na Camping Municipal de Lyon (którego namiary znalazłem w jakims przewodniku). Pani myśli, ale nic wymyślić nie może. Wtem, okazuje się, że są tu w okolicy także inne kempingi, a jeden z nich wcale nie tak daleko. Znowu na spokojnie analizujemy nasze położenie i okazuje się, że niedaleko jest droga, która prowadzi prosto do miejscowości, w której jest ów kemping. Bierzemy więc wózki na bagaże i udajemy się w stronę tejże drogi. Ruch tutaj panuje spory, niestety nikt nie jest skory zatrzymać się. Mamy świadomość kończącego się dnia - powinniśmy już rozbijać namiot. Robimy napis - Meyzieu. Ktoś się zatrzymuje - to niestety falstart - kierowca nie jedzie jednak w tym kierunku. Humory stają się grobowe a organizmy wycieńczone. Nagle (jak zwykle nie wiadomo jak i kiedy), zatrzymuje się młody chłopak - najwyraźniej również pochodzenia arabskiego. Mówi, że trochę mu się spieszy, bo żona na niego czeka; mimo to podwozi nas pod samą bramę kempingu "Du Grand Large" - trafić tu nie łatwo, nasz kierowca kilkakrotnie musiał pytać tubylców o drogę. Jesteśmy więc wniebowzięci i cholernie wdzięczni człowiekowi. Wreszcie będziemy mogli porządnie się umyć, coś zjeść i wyspać się. Gdy rozbijamy namiot zachodzi słońce. Akurat.
 Do góry 
Noclegi
 Do góry 

© 2004-2006 Łukasz Wabiński